Zaczynając od poczatku kilka lat temu byłam w związku trwał około 5 lat, byłam zakochana, bardzo zakochana... zdecydowana na ten związek do "grobowej deski", ale oczywiście w swym olśnieniu partnerem nie dostrzegałam, a może nie chciałam dostrzec wielu rzeczy, które po pewnym czasie zaczęły mnie męczyć... m.in. maksymalne ograniczanie i chorobliwa zazdrość, dziwne podejrzenia, że "a może coś zrobiłam w momencie kiedy byłam bez mojej drugiej połówki" itd. Zaczęło mnie to wkońcu frustrować i zdałam sobie sprawę z tego, że jednak nie jestem szczęśliwa w tym zwiazku, choć oczywiście w swej naiwności miałam nadzieje, że on sie zmieni po ślubie... i gdyby wtedy sie mi oświadczył pewnie dziś byłabym juz mężatką... jednak on zaręczyny odwlekał i odwlekał... z nawarstwienia wszystkich frustracji i problemów (o których i tak nie potrafiliśmy porozmawiać, zawsze się kumulowały i potem wybuchała afera w z byle powodu i wyciaganie wszystkich brudów etc. nie wazne) w końcu odeszłam...
było ciężko...ale cały czas wiedziałam, czego chcę, wiedzialam, że chcę spotkać faceta z którym założę rodzinę, bedę mieszkać w drewnianym domku przy lesie z gromadką dzieci (marzenia..wiadomo)...
Od tego czasu minęły 3 lata.. w ciągu tego czasu byłam otwarta na miłość...szuakałam głównie w necie, bo mieszkając w małej miejscowości, praktycznie pozostałam sama (większość moich dobrych znajomych jest na studiach w większych miastach). Spotkałam się z kilkoma osobami poznanych przez internet, ale ciągle to nie było to...
W końcu około 1,5 roku temu poznałam kogoś (przerażał mnie troche związek na odległość, ale przerażała również samotność) i jestem w tym związku nadal, z tym, że problemem jest fakt, że to nie jest facet moich marzeń... dostrzegam jego wady, które często doprowadzają mnie do furii, męczą mnie gdy z nim jestem, a kiedy wyjeźdża po kilku dniach zaczynam za nim tęsknić. Mało tego on jest we mnie potwornie zakochany, świata poza mną nie widzi, stara się, zawsze mnie wyczuje, ma intuicję i pragnie dla mnie szczęścia... z tym, że problem polega na tym iz ja przez ten czas przywykłam do zwiazku na odległość i zaczął mi odpowiadać, bo nie ogranicza mnie tak jak ten 5 letni. Doszło do tego, że mam w głowie mętlik i od kilku miesięcy zawaliło się wszystko w co wierzyłam i czego pragnęłam.. Zawsze uchodziłam za kogoś kto wie czego chce, sama się za taką
osobę uważałam.. a nagle stwierdzam, że jestem bezsilna... jak może mnie ktos zrozumieć skoro ja siebie sama nie rozumiem.
Do tego doszły jakieś doły, ze krzywdzę mojego faceta... on jest bardzo dobrym człowiekiem, daje mi całe swoje serce, a ja sie boję, że gdy odejdę nie spotkam juz nikogo takiego dobrego dla mnie...
z drugiej strony przeraża mnie myśl, że przeprowadzimy się do wiekszego miasta i będę się musiała męczyć z jego wadami codziennie... Mówiłam mu o tym co mnie w nim denerwuje, on to rozumie, tyle tylko, ze jednak stara się, lecz nie bardzo mu to wychodzi...
Do tego zaczęłam go ostatnio porównyć z facetem z tego 5 letniego związku ( bo przez te kilka lat zapomniałam o tych złych rzeczach) i znów zaczełam o nim mysleć jak o ideale... może dlatego, że to całkowite przeciwnieństwo obecnego faceta... tamten wysoki, męski
i przystojny... pociągał mnie, zawsze czułam się przy nim bezpieczna i wiedziałam, że mogłam na niego liczyć...
Obecny facet natomiast nie pociaga mnie, bardziej traktuje go jako kumpla z tym, że boje sie mu tego powiedzieć, żeby nie złamac mu serca jestem jego pierwszą powazną dziewczyną (młodszy jest ode mnie 3 lata).
Z myślalmi o eks poradziłam sobie poprzez spotkanie się z nim.. Najpierw byłam gotowa choćby wskoczyc mu do łózka (nawet całowaliśmy się),
ale po kilku spotkaniach poczułam do niego obrzydzenie, a kazda mysl o nim przyprawia mnie o negatywne uczucia.. no i pozostał moralniak i wyrzuty sumienia wobec obecnego faceta, ze go okłamywałam umawiając sie z eks (wymówka rodziła wymówkę.. kłamstwo - kłamstwo) i że jestem nie fair wobec niego...
Boję się sama o siebie, że juz nie wyjde z takiego stanu... że ciągle bedę się wahać, będe niezdecydowana... boję sie samotności...
jeśłi ktoś znalazł sie kiedyś w takiej sytuacji prosze o wypowiedz co z tym mozna zrobić, jak zaradzić...



Nie wiem...
) nie znaczy, że możesz tak postępować...

