Rok temu "na nowo" poznalem moja stara kolezanke z czasow szkolnych, tak sie fajnie zlozylo
ze zaczelismy sie spotykac, wspolne wyjscia, wspolne spedzanie wolnego czasu itp.
Nic na powaznie, tylko takie wspolne wyjscia. Niestety dla mnie, po jakims czasie zakochalem sie w niej jak jeszcze nigdy w nikim wczesniej, powiedzialem jej to ale ona stwierdzila ze nic by z tego nie wyszlo. Mimo wszystko ciagle sie spotykalismy, spedzilismy cale wakacje razem.
Pozniej zaczelo mi to wszystko ciazyc poniewaz ja chcialem czegos wiecej, strasznie mnie to
bolalo i postanowilem ograniczyc z nia spotkania do minimum (raz na kilka miesiecy).
I wszystko bylo pieknie, udalo mi sie o niej zapomniec az tu nagle dowiedzialem sie od kolegi
ze ona ma faceta. Wiem ze to glupie ale az mi wtedy cisnienie podskoczylo. Ale to jeszcze pikus.
Tego samego dnia (wkurzony na maxa) spotkalem ja na miescie, podeszla, chciala pogadac...
a ja, jak taki idiota, nie wiedzac dlaczego zaczalem na nia najezdzac... pomijajac juz nasza rozmowe (dalem jej delikatnie znac ze mnie nic nie obchodzi i nie chce jej wiecej znac) wyszlo tak ze zachowalem sie wobec niej raczej dosc niegrzecznie.
Gdy wrocilem do domu i juz ochlonalem to zaczely mnie przesladowac jakies wyrzuty sumienia.
Wiem ze zle sie zachowalem, powinienem ja przeprosic i wyjasnic cala sprawe ale...
nie chce rozdrapywac starych ran, boje sie ze znowu bede przez nia cierpiec...
Chcialbym od niej czegos wiecej, ale nie mogac tego dostac chce po prostu
o niej zapomniec jak najszybciej, zerwac znajomosc raz na zawsze i juz wiecej o tym nie myslec.
I tak moi drodzy czytelnicy siedzie sobie z piwkiem w rece i mam straszny metlik w glowie i doline
Pozdrawiam



