Widzę, że kilka osób doradza mi wizytę u specjalisty. To nie jest tak, że ja się tą kwestią nie interesuję, wręcz przeciwnie - cały czas "trzymam rękę na pulsie". Jako dziecko przeszedłem badania, lekarze stwierdzili, że wyleczyć się tego na pewno nie da, jedynie można pomyśleć o protezie, ale zalecali wstrzymać się do momentu, gdy drugie oko rozwinie się w pełni (czyli gdzieś między 21 a 23 rokiem życia), aby ewentualne różnice były jak najmniejsze. W 2005 zainteresowałem się zrobieniem protezy, miałem nadzieję, że przy obecnym zaawansowaniu technologicznym w medycynie to nie będzie problemem. Jednak okazało się, że w moim przypadku jedynie co na dzień dzisiejszy można zrobić to usunąć całkowicie chore oko i wstawić sztuczne. Jakoś nie przemawia do mnie trzymanie oka na noc w szklance przy łóżku, więc się nie zdecydowałem. Taki zabieg traktuję jako rozwiązanie ostateczne, póki co mając nadzieję na jakiś przełom, nową technologię, cokolwiek... tutaj akurat czas działa raczej na moją korzyść...
Ostatnio się dowiedziałem, że w Holandii robią bardzo dobre, ruchome protezy na zasadzie wypełnienia, bez usuwania całej gałki. Zamierzam się tym bardziej zainteresować w trakcie wakacyjnego urlopu... zobaczymy, może akurat to jest to czego potrzebuję...
A co do problemu ukrytego w psychice... przeczytałem wszystkie Wasze posty i powiem szczerze, że mnie podbudowały, szczególnie trafiła ze swoimi spostrzeżeniami Miltonia

. Dokładnie taki byłem, zawsze starałem się być lepszy od innych, chorobliwie ambitny, jak czegoś nie potrafiłem zrobić lub gdy coś mi nie wychodziło, to nie odpuszczałem dopóki się nie nauczyłem

(teraz to się nawet wydaje zabawne...

). Zawsze z własnym zdaniem, ze swoim własnym, małym światem. Tak było mniej więcej do połowy studiów. Potem chyba za bardzo uwierzyłem, że mogę być taki jak inni. A przecież "jaki wielbłąd jest - każdy widzi". Nie ma sensu ukrywać się w tłumie i udawać, że nie widzi się problemu. Teraz wiem, że to był błąd. Wczoraj miałem sporo czasu na przemyślenia. Dzięki Waszym postom mogłem nabrać dystansu do własnej osoby, spojrzeć na to wszystko z boku, tak jak to widzą inni.
Jakie wnioski mi się nasunęły? Wrócić "do korzeni", konsekwentnie dążyć do wyznaczonych celów, po prostu, uśmiechając się pod nosem, spokojnie robić swoje... i póki co "samotnie cieszyć się ze zwycięstw i samotnie przeżuwać gorycz porażek" i mieć nadzieję, że przynajmniej jedna na sto napotkanych kobiet postanowi dać mi szansę. Wtedy zrobię wszystko, żeby ją wykorzystać (szansę ma się rozumieć

).
Wielkie dzięki, że "otworzyliście mi oczy"
