Sluchajcie... poklocilam sie ze swoim ukochanym...powaznie, dosc. Ja bylam uparta i jak on chcial sie spotkac to ja nie chcialam...a jak ja prosilam o spotkanie to mowil ze juz za pozno.. mowil ze to koniec, ze musimy zapomnie o sobie...

Cierpialam bardzo, nie chcialam rozstania, nie wyobrazam sobie zycia z kims innym....nie wyobrazam sobie w ogole swiata bez niego

Poszlo o glupote, ja jestem ogolnie bardzo zazdrosna, za bardzo...bardzo za bardzo

Mimo tego ze starsznie go kocham zawsze sie balam, nie wiedziec czego bo wiem ze on nawet nie patrzyl na inne kobiety, ze bylam ta jedna jedyna. Zrozumialam to jak sie nie widzielismy te 16 dni... zrozumielam, ze co innego jest wazne. Nie spedzanie z soba kazdej imprezy, nie ograniczanie siebie i zabranianie kontaktow z innymi ludzmi - tylko milosc. Bycie ze soba. Przemyslalam to wszystko i postanowilam sie zmienic, walczyc z glupimi myslami - wiem ze warto, wiem ze takie uczucie ktore nas spotkalo nie zdarza sie czesto... Starsznie cierpialam, jeszcze bardziej tesknilam, obeicywalam sobie ze sie nie odezwe, ze nic nie napisze.... ze nie moge. Ale nie dawalam rady...on tez mial takie chwile, ze pisal...smsy czy na gg, ze tez sie lamal, tez bylo mu zle beze mnie... niecaly tydzien temu 31.10 rozmawialismy na gg, tak pol-zartem, bez smucenia ani marudzenia. Ja wyslalam mu swoje zdjecie mailem... mowil zebym tego nie robila bo az sie lza w oku kreci, ze taka ladna jestem... ja ze tez czesto patrze na jego zdjecie, cos bylo o tym, ze nie mozemy bez siebie wytrzymac i ze brak wspanialego seksu

nastepnego dnia umowilismy sie w parku na spacer, smielismy sie, zartowalismy, zrobilam nawet symboliczny pogrzeb mojej zazdrosci...po czym odprowadzil mnie do domu ale powiedzial ze jeszcze do siebie nie wrocilismy... pozniej bylo znow pare dni ciszy lub luznych rozmow...w czwartek spotklaismy sie przypadkiem na dworcu...on pojechal na swoje uczelnie ja na swoja.. bylo mi tak przykro, ze to co jest miedzy nami moze sie skonczyc, ze mozna zmarnowac cos tak pieknego... na wykladzie stwierdzilam, ze musze cos zrobic, ze po prostu inaczej bede zalowac do konca zycia jesli nie dam z siebie wszystkiego, zeby to naprawic. Stwierdzilam, ze zabiore go do Krakowa. Wieczor spedzilam na szukaniu noclegow, na szybko wplacalam zaliczke za hotel na Kazmierzu. Martwilam sie tylko, ze jak go tak zaskocze, a przeciez bylismy skloceni to odmowi... i wtedy bedzie juz wszystko jasne.. Tego samego wieczoru wyslal mi smsa, ze moge wpasc na sniadanie w piatek rano jesli chce... Odpisalam ze bardzo chce...przynajmniej jedna sparwe mialam zalatwiona, bo wiedzialam, ze nie bedzie az takiego zaskoczenia jak przyjde rano o porwac do Krakowa bo sam mnie zaprosil. Przyszlam do niego rano... owtorzyl jeszcze w pizamie. Polozylam sie kolo niego, zapytal czy nie jest mi ciel tak w ubraniu co skonczylo sie namietnym seksem oczywiscie - po 2 tygodniach niemal rozplywalam sie po jego dotykiem... ech... przy sniadaniu powiedzialam, zeby sie spakowal, ze tez go zapraszam na sniadanie ale jutro. Na poczatu sie bronil, mowil ze nie pojedzie... stwierdzilam, ze nie bede nagelac bo przeciez nie o to chodzi, najwyzej starcilabym bilety i zaliczke... chcialam sprawdzic czy mamy jeszcze szane, czy faktycznie udalo mu sie zabic uczucie do mnie... Zgodzil sie. Pojechlaismy. Bylo cudownie. Piekny hotel, przytulny i romantyczny, jeszcze swieczki ze soba wzielam... Obiad w wloskiej resauracji. Siesta w pokoju i znow namietnie sie kochalismy... Wieczorem poszlismy na drinka do klubu i pozniej tam zostalismy na imprezie. Smialismy sie, tanczylismy...tak dobrze bylo. Po powrocie znow wskoczylismy do lozka, spragnieni siebie obydwoje... Zasnelismy nago, przytuleni... Czulam sie taka bezpieczna... czulam ze zyje... ze zyje dla niego. Rano kochalismy sie przed sniadaniem jeszcze, pozniej sie spakowalismy i poslzismy na spacer po Krakowie, Wawel, rynek, sukiennice. W pociagu tez caly czas sie przytulam do niego. Wrocilsimy wczoraj wieczorem. Dzis znow sie nie widzielismy....znow cisza... Prosze pomozcie... co moge zrobic jeszcze zeby go nie stracic... nie wyobrazam sobie tego

Wiem ze sie kochamy! Wiem, ze potrafilabym sie zmienic i nie byc tak zazdrosna o niego. Myslalam, ze ten wyjazd to szansa dla nas, ze sprobujemy... ale teraz zaczelam sie martwic i czuje sie bezradna. Nie wiem co robic

Wiem, ze moze to zamotalam troche ale zrozumcie ze mi naprawde bardzo zalezy

Prosze napiszcie co myslicie...