Ja się bałam szkoły. W gimnazjum najbardziej się bałam matematyki i chemii. Czasem udawałam, że się źle czuję, żeby tylko nie iść. A czasem naprawdę miałam silne bóle brzucha i odruchy wymiotne ze zdenerwowania. Ale to już bardziej w liceum - też z polskiego miałam niezłą żyletę. Zawsze siedziałam jak na szpilkach, w dodatku ta ilość materiału do nauki była zatrważająca

Mimo, że mieliśmy polski rozszerzony, profesorka i tak wychodziła zupełnie ponad program bo "wszystko się może przydać". Na szczęście uczyłam się tego, co mnie interesowało, choć w tak stresowych warunkach (hehe...
Cubasa 
też teraz jestem na polonistyce, ale u mnie tak to wygląda, że chciałam to studiować odkąd pamiętam). Poza tym dobijał mnie jeszcze francuski - również ogromna ilość materiału... Ze stresu nie mogłam jeść, ale na szczęście tylko przez kilka dni. Dochodziły też oczywiście inne przedmioty, takie jak znienawidzona matma czy fizyka. W ogóle kiedy miałam iść do szkoły, świat nagle stawał się szary i coś złego wisiało w powietrzu. Dobrze, że chociaż byli Ci dobrzy znajomi. Ogółem każdego piątku wyczekiwałam jak zbawienia.
W pewnym momencie powiedziałam sobie dość, bo mogłoby się to gorzej skończyć. Zaczęłam sobie uświadamiać, że szkoła i nauka to nie jest całe moje życie. Są to rzeczy ważne, ale nie do tego stopnia, by marnować sobie zdrowie. Postanowiłam więc się zdystansować do tego wszystkiego, przejąć jako taką kontrolę nad stresem. Pomogła mi w tym rodzina, chłopak, trochę przyjaciele i szkolny psycholog. Pod koniec klasy maturalnej było już całkiem nieźle. Nauczyciele nawet przestali mi się wydawać tacy okropni jak na początku. Zaczęłam ich wreszcie postrzegać jak normalnych ludzi, a nie jak wrogów

Teraz za to w ogóle się nie stresuję

No, zobaczymy jak nadejdzie sesja.
"Jeśli traktujesz życie ze śmiertelną powagą, nie licz na wzajemność" [A. Mleczko]