Hej,
No, niestety. Zostałam przegłosowana w demokratycznych wyborach rodzinnych

Muszę pogodzić się z przegraną w walce o imię.
Wywoływania porodu przez seks też nie było

, sam się zaczął. Oczywiście przed terminem, tak jak się spodziewałam. Byliśmy u rodziców męża (spedziłam u nich ponad miesiąc - dlatego mnie nie było na forum). Tam, wiecie, świeże powietrze, gospodarstwo rolne, piekna wieś. Do szpitala od 14 do 17 min jazdy samochodem (wszystko mieliśmy wyliczone

).
Zaczęło się tak koło 22:00, kładliśmy się spać gdy poczułam pierwsze skurcze. Tzn, pierwsze były jakies 10 dni wczesniej, ale jak się okazało - fałszywy alarm. Teraz pomyślałam dokładnie to samo. Nie bolało za bardzo, więc udało mi się usnąć. Obudziłam się koło 12:00 i już nie mogłam spać. Włożyłam słuchawki na uszy i chodziłam sobie po domku. Nie bolało tak bardzo. czułam coś jakby dość mocny ból miesiączkowy, ale taki jeszcze do wytrzymania (dziewczyny wiedza o czym piszę). Usnąć nie mogłam, bo ból zbyt silny, ale nie zapowiadało nic jeszcze porodu. Nie wiedziałam za bardzo co mam robić. Środek nocy, a ja łażę po domu... No więc postanowiłam coś ze sobą zrobić, czymś się zająć by nie myśleć o bólu. Zeszłam na dół i zaczęłam szorować kuchnię

. Umyłam wszystko co się dało (oprócz lampy górnej i sufitu:)). Kiedy skonczyłam, było mocno po 3:00.
No więc postanowiłam się wykąpać. jak tylko wlazłam do wanny z ciepłą wodą, odeszły mi wody i skurcze zaczeły być tak silne, że nie mogłam już sama wygramolić się. Rozdarłam się na cały dom, mąż po chwili mnie wyciągał i ubierał... w swoja wielgachną starą bluzę z ogromniastym kapturem i liściem marihuany na przodzie (akurat się wisiała na sznurku w łazience). Chciał mnie chyba tak wysłać do szpitala w samej tylko bluzie i z gołym tyłkiem, ale na szczęście obok wisiały moje ogrodniczki. Potem niewiele pamiętam, bo dosłownie mdlałam z bólu, czułam tylko jak mąż i tesciowa ciągneli mnie do samochodu.
Kiedy dojechaliśmy do szpitala, wszystko przeszło. Cała akcja ustała. Nie bolało, nic się nie działo. Okazało się, że odeszło tylko część wód płodowych i jeszcze to dłuuugo potrwa. Mieliśmy opłacony poród rodzinny ze wszystkimi bajerami. Nie miałam jednak najmniejszej ochoty ćwiczyć na worku saco, przy drabinkach, ani na niczym innym. Było mi cholernie zimno i chciało mi się spać. Leżałam tak sobie opatulana we wszystko co się dało, a i tak trzesłam się z zimna - sama nie wiem czemu bylo mi tak zimno (sale były dobrze ogrzane). I wtedy przyszedł lekarz i kazał mi się rozebrać, a ja w płacz - za nic nie chciałam zdjąć z siebie tego wszystkiego, już było mi tak błogo, już bym usnęła... i wtedy poczułam, że mi mokro - reszta wód odeszła i teoretycznie poród był w toku, ale ja nie czułam zadnych skurczy. Tylko nagle mogłam swobodnie i lzej oddychać (dziecko nie uciskało już przepony). Niestety, musiałam to wszystko z siebie zrzucić. Oj, strasznie im się namarudziłam... Podali mi oksytocyne na wywołanie skurczy i się zaczeło. Na szczęscie mogłam chodzić, poszłam jeszcze pod prysznic, włączyliśmy sobie telewizor, jak mnie bardzo bolało, to wbijałam męzowi pazury w rękę...

- znosił te tortury dość dobrze. O 6:00 była zmiana dyżuru, przyszedł nowy lekarz, którego nie znałam. Chciał mnie zbadać dosłownie 2 min po poprzednim i dostał kopniaka w brzuch. Ale to jego wina - powiedział, że chce mi zrobić masaż szyjki macicy, a przed chwilą robiła mi go położna (to chyba jest najgorsze w całym porodzie - najbardziej nieprzyjemne i bolesne), więc dostał kopa w brzuch aż go odrzuciło i skręciło. :560: Potem mąż go przepraszał. Na koniec dostałam znieczulenie ZO i sama końcówka juz tak nie bolała. Nawet musze powiedzieć, że to był najmilszy moment porodu, a trwał jakieś 5 min. Już urodzeniu małej (godz. 8:20) i uściskaniu jej przez nas, lekarz podszedł do mnie i ze śmiechem stwierdził, że mi się odwdzięczy za tego kopa - dostałam pięścią w brzuch. ale sadyzm, nie;)? - to po to by wyleciało łożysko... i dosłownie wyleciało. Mąż był tak prostu zszokowany i przerażony, że nie rozumiał jak my się możemy z tego śmiać.
Po wszystkim Joasia wyladowała jeszcze na chwilę w naszych ramionach :562: , pielęgniarka cyknęła zdjęcie, mąż poszedł z nią (Joasią - nie pielęgniarką

) na mycie, ważenie itd, a "kopnięty" lekarz zaczął mnie szyć (trochę pękłam). Zapytał, czy chcę być znowu dziewicą, bo już miał kiedyś takie zamówienie, ale podziekowałam za tę dodatkową usługę. Dwa dni później byłysmy w domku:).
Acha. Trzy godziny po porodzie już sobie biegałam po szpitalu lekka jak skowronek (autentycznie czułam się lekka), podczas gdy panie po cesarce lezały plackiem obolałe z raną w brzuchu - naturanie jednak lepiej:)