W skrocie: jestem towarzyski - ale mam generalnie samych KOLEGOW - super, bawimy sie dobrze, wypadziki, zarciki, jak trzeba solidarnie sie wspieramy
Podobni przystojny (choc wiem ze to jest subiektywna kategoria).
A z kobietami relacje mi sie beznadziejnie ukladaja - i to na uczelni zdecydowanie sfeminiozwanej - nie moge zadnej do siebie bardziej przekonac. Lubie flirtowac, czesto to robie - jednak kiedy juz zaczynam z kims na powazniej probowac - wszystko szlag trafia. Druga syrona rezygnuje, konczy sie na pierwszej randce - i tyle.
Staram sie byc otwarty, pozytywnie myslacy, opiekunczy, mam swoje zdanie itp.
A cale dotychczasowe zycie sam jak kolek. 22. rok zycia - to juz zaczyna byc chore.
Zaczynam tracic wiare ze jakakolwiek kobieta mnie prawdziwie pokocha i doceni... Ze bede sie czul radosnie i swobodnie w jej towarzystwie...
To chore, wiem. Naprostujcie mnie