Wszystko zaczęło się w listopadzie 2010. Miesiąc po tym jak oddałam krew w stacji krwiodawstwa. Zapchany syfon prysznicowy, szczotka pełna włosów, szaliki, czapki i płaszcz pokryty wypadniętymi włosami. Pomyślałam, że taka pora roku, że z czasem same przestaną wypadać. Kiedy w połowie grudnia zorientowałam się, że mam o 1/2 mniej włosów na głowie, prześwity po bokach i na czubku głowy, straciłam cierpliwość. Zrobiłam morfologię - żelazo grubo poniżej normy, hemoglobina w normie. Pozostałe badania ok. Lekarka nie stwierdziła anemii, wszystko zostało zwalone na oddawanie krwi i jedyne co dostałam to żelazo z kwasem foliowym. Kurację zaczęłam od 17 Grudnia, dokupiłam Vitapil w tabletkach, szampon aminexil vichy, odżywkę do włosów wypadających Seboradinu, a dwa tygodnie temu ampułki Radical'a. Wiem, że na efekty trzeba poczekać. Koleżanka z pracy, która miała kiedyś anemię, zdradziła, że włosy przestały wypadać jej dopiero po około dwóch miesiącach od początku brania żelaza. Jednak brakuje mi już sił. Zanim wszystko zacznie działać to nie zostanie mi już nic na głowie. Z każdym dniem załamuje się już bardziej. O rozpuszczaniu włosów nie ma mowy, wyglądają jak piórka gdzieniegdzie przyrośnięte do głowy. O kucyku mogę zapomnieć przez prześwity. Nie da się ich ładnie zamaskować zaczesując włosy do tyłu. Nigdy się nie farbowałam, nie stosuje prostownic, ostatnie użycie lokówki było w listopadzie. Nie suszę włosów suszarką, nie wycieram ręcznikiem, nie częszę dopóki trochę nie przeschną. Już nie wiem co robić...

wizyta u dermatologa zapisana na 8 marca.
Dlatego zwracam się do was z pytaniem. Ile musieliście czekać na efekty jakiejkolwiek kuracji (nie tylko przy niedoborze żelaza)?
