damian24 pisze:Rzeczywiście wielkim osiągnięciem ich myśli astronomicznej jest dostrzeżenie pewnego zjawiska w 2012 roku - rzadka koniunkcja planet w Układzie Słonecznym zdarzająca się raz na tysiąclecia. Majowie, będąc w sumie prymitywną kulturą, dorobili sobie do tego bajeczkę o końcu świata, uznając takie zjawisko za "przyjście bogów" czy cokolwiek innego

Głos racjonalisty jest nieco zbyt stronniczy, z tego to względu, że tak jak i głosy innych racjonalistów uważa, że właśnie oto osiągamy apogeum rozwoju ludzkości. Żeby było śmieszniej - tak się składa, że nawet wysoko stoimy tylko i wyłącznie pod względem technologicznym, a cała reszta porządnie kuleje. Państwo Majów powinno stanowić wzór dla dzisiejszych przywódców - państwo troszczące się o obywateli, wręcz wzorowe i doskonale zorganizowane. Jedynym mankamentem jest fakt składania ofiar z ludzi - czyli dość brutalnych rytuałów religijnych. Poza tym nie było w cywilizacji Majów aspektu funkcjonowania państwa, który byłby gorszy pod jakimkolwiek względem od obecnych. Wręcz przeciwnie - był dużo lepszy.
Współcześni astronomowie nie posiadają nawet części wiedzy starożytnych dotyczącej kosmosu. Nic dziwnego - trzymając się kurczowo ram nauki odrzucającej wszystko co nieznane, a mogące prowadzić do poznania - robią postępy w niezwykle wolnym tempie.
Bajeczka o "końcu świata" również nie jest do końca zmyślona, ale po kolei - wszyscy spodziewają się, że w trzy dni obrócimy się w pył i po wszystkim, podczas gdy wiele starożytnych przekazów wskazuje na to, iż mają się rozpocząć zmiany: mające raczej podłoże duchowe, aniżeli skrywające potworny kataklizm.
Zawsze byłem przeciwnikiem powszechnie panującej ślepej wiary w naukę. Nauka była omylna i jest nadal, więc nie uważam jej za żaden wyznacznik. Nie łykam także każdej bajeczki, jaką ktoś chce mi wcisnąć na dany temat. Ten świat skrywa tak wiele tajemnic, które aż się proszą o odkrycie, lecz są one najzwyczajniej w świecie ignorowane. Z prostego powodu - nie pasują do obrazu kreowanego przez naukę. Nie przeczę oczywiście prawom fizyki (choć jak wiadomo teoria względności Einsteina okazuje się błędna - aktualnie jest weryfikowana przez grupę naukowców), choć i te płatają figle. Przykładów jest mnóstwo. Akurat amatorsko fascynuję się starożytnymi kulturami oraz tzw. para-nauką, czyli innym spojrzeniem na świat. Nie zmienia to postaci rzeczy, że niektóre "znane" nam zjawiska już na pierwszy rzut oka "trącą myszką".
Pseudonaukowcy, wizjonerzy i wróżbici wspominają też o zmianie aktywności Słońca, i oddziaływaniu pola magnetycznego na biegunowość Ziemi. Rzeczywiście, takie rzeczy się już w historii Ziemi zdarzały i powodowały np. epoki lodowcowe. Tylko jednego Ci nasi wróżbici zdają się nie widzieć: takie zmiany nie dzieją się nagle, lecz są procesem trwającym całe tysiąclecia. Za dużo hollywoodzkich filmów katastroficznych w stylu "Pojutrze", gdzie stumetrowa fala zalewa Nowy Jork i wdziera się w głąb lądu...
Oczywiście, jednak za bardzo generalizujesz. Opcji jest bardzo wiele. Musiałbyś jednak na ten temat poczytać, bo de facto koniec świata zapowiedział co najwyżej Patrick Geryl, autor książki "Proroctwo Oriona na 2012 rok".
Mona pisze:Rok 2012 nie ma być rokiem, w czasie którego Ziemia przestanie istnieć (koniec świata), ale już sama wizja potopu, nie nastraja optymistycznie i wiadomo, że zginęłaby wtedy ogromna masa ludzi.
Z potopem jest bardzo ciekawa sprawa - bazując na znanych nam tekstach, jak np. Biblia, hinduska Mahabharata, czy jedna z najstarszych ksiag: Księga tzw. Indian Hopi, plemienia rdzennie mieszkającego w Ameryce Północnej, wyciągamy wnioski, że miały miejsce już co najmniej 2 potopy. Są również wskazówki - moim zdaniem dość przekonujące - że potopy zdarzają się cyklicznie, tak jak i zagłada ludzkości, a może raczej: oczyszczenie. Księga RA mówi o tym, że ludzkość powstaje po każdym oczyszczeniu, kiedy to staczając się na skraj zepsucia, odradza się w bólach, aby być może tym razem obrać właściwą ścieżkę. Można tak w nieskończoność, więc z chęcią rozwieję wasze wątpliwości co do symboliki roku 2012
