Seks jako nagroda
: 12 cze 2009, 11:27
Witam was wszystkich.
Ostatnio miałem troche czasu żeby przemyśleć pewne kwestie dot. związku.
Mam 28 lat, moja kobieta 25... mieszkamy razem od ok 1.5 roku, od 2 lat jesteśmy razem.
Analizując to co się dzieje ostatnio dochodzę do wniosku że moja kobieta ma chyba naturalną atawistyczno-samiczą skłonność do traktowania seksu jako nagrody-kary za "sprawowanie". Przyznam, dla mnie to podłe.
Jest atrakcyjną kobietą, i myślę że daję jej to odczuć, natomiast gra którą prowadzi wydaje mi się dziwna. "Mam szansę" na seks, jeśli będzie tak jako ona chce (mimo że często przez różnice charakterów, jedno z nas się idzie na kompromis, rezygnując z własnych ambicji i planów). Zauważyłem że od jakiegoś pół roku stało się to jej remedium na wymuszaniu na mnie określonych zachowań.
Tylko po co to wszystko ?
Rozumiem że można nie być w nastroju, nie mieć ochoty - być zmęczonym, ale jednego jakoś pojąć nie mogę. Po co cały dzień przemyca aluzje, obiecuje, snuje wizje tego jaki to upojny wieczór nas czeka po czym idzie spać i po 5 min mogę o czymkolwiek zapomnieć.
Jeśli nie ma ochoty, niech przynajmniej mnie nie nakręca, bo to boli podwójnie - zwyczajnie czuje się oszukany....
Piszę tutaj, bo zwyczajnie w świecie czuję się zdezorientowany. To bardzo niebezpieczna gra. Seks jako waluta być może do pewnego momentu się sprawdza (iu być może sprawdzał się 40.000 lat temu)... Do pewnego momentu, bo może się okazać że szybko się znajdzie inna kobieta, która zaoferuje (przynajmniej początkow) to samo bez wymuszania czegokolwiek / zrobi to z czystej przyjemności. Nie daj bóg, okaże się że jeszcze można z nią całkiem sensownie porozmawiać.... A później będzie płacz i lament "..bo ten kutas mnie zostawił dla innej... ".
Przykre to bo chyba nie o to w związku chodzi, prawda ?
Co sądzicie ?
Ostatnio miałem troche czasu żeby przemyśleć pewne kwestie dot. związku.
Mam 28 lat, moja kobieta 25... mieszkamy razem od ok 1.5 roku, od 2 lat jesteśmy razem.
Analizując to co się dzieje ostatnio dochodzę do wniosku że moja kobieta ma chyba naturalną atawistyczno-samiczą skłonność do traktowania seksu jako nagrody-kary za "sprawowanie". Przyznam, dla mnie to podłe.
Jest atrakcyjną kobietą, i myślę że daję jej to odczuć, natomiast gra którą prowadzi wydaje mi się dziwna. "Mam szansę" na seks, jeśli będzie tak jako ona chce (mimo że często przez różnice charakterów, jedno z nas się idzie na kompromis, rezygnując z własnych ambicji i planów). Zauważyłem że od jakiegoś pół roku stało się to jej remedium na wymuszaniu na mnie określonych zachowań.
Tylko po co to wszystko ?
Rozumiem że można nie być w nastroju, nie mieć ochoty - być zmęczonym, ale jednego jakoś pojąć nie mogę. Po co cały dzień przemyca aluzje, obiecuje, snuje wizje tego jaki to upojny wieczór nas czeka po czym idzie spać i po 5 min mogę o czymkolwiek zapomnieć.
Jeśli nie ma ochoty, niech przynajmniej mnie nie nakręca, bo to boli podwójnie - zwyczajnie czuje się oszukany....
Piszę tutaj, bo zwyczajnie w świecie czuję się zdezorientowany. To bardzo niebezpieczna gra. Seks jako waluta być może do pewnego momentu się sprawdza (iu być może sprawdzał się 40.000 lat temu)... Do pewnego momentu, bo może się okazać że szybko się znajdzie inna kobieta, która zaoferuje (przynajmniej początkow) to samo bez wymuszania czegokolwiek / zrobi to z czystej przyjemności. Nie daj bóg, okaże się że jeszcze można z nią całkiem sensownie porozmawiać.... A później będzie płacz i lament "..bo ten kutas mnie zostawił dla innej... ".
Przykre to bo chyba nie o to w związku chodzi, prawda ?
Co sądzicie ?

![:] :]](./images/smilies/krzywy.gif)

Co do winy - odsyłam parę linijek wyżej.

a może wkurza ją twoje zrzędzenie 
