Warto?
: 17 lis 2006, 17:44
Jest zle. I dopiero teraz zauwazylam, jaka bylam glupia przez te cale prawie dwa lata...Otoz w poniedzialek dowiedzialam sie, ze moj chlopak ot tak nagle zdecydowal przepisac sie do innej szkoly do klasy prawniczej (jest w 2 klasie mat-fiz, ale stwierdzil, ze chce isc na prawo). Do tej pory chodizlismy razem do szkoly. Jak sie dowiedzialam, zaczelam mu plakac, ze tak mi dobrze bylo z nim w jednej szkole, tak sie staralismy razem do jednej szkoly trafic, a teraz on mnie zostawia...No ale nic. Dzien pozniej zmienil zdanie, powiedzial, ze zostaje w tej samej szkole, tylko sam profil zmieni. Ale mnie dalej bylo zle, bo na srode bylismy umowieni, ze nie idziemy do szkoly z okazji moich urodzin, a tymczasem on musial isc do dyrektora wlasnie w srode prosic o przepisanie. No i niby sie cieszylam, ze mnie nei opusci, ale znowu mu zaczelam ryczec, ze sie nei spotkamy, a mielismy razem caly dzien spedzic. On powiedzial, ze przyjdzie przed szkola na godzinke. Chcialam, zeby jakos mi to wynagrodzil, a ze moj kolezanka zaproponowala, zebysmy w czworke (ja, ona i nasi chlopacy) chodzili na basen, a mnie sie pomyusl bardzo spodobal, poprosilam o to mojego chlopaka. Wiem, ze nie lubi basenu, ale prosilam tylko, zeby raz sie dla mnie poswiecil, poszedl choc raz i zobaczyl- moze by bylo fajnie...Poza tym mialam przeciez urodziny. Ale on sie nie zgodzil. Powiedzialam mu, ze milo mi, ze nie potrafi sie dla mnie poswiecic i chociaz raz pojsc, poznac moja przyajciolke i w ogole...Bylam wsciekla i poweidzialam mu, zeby w takim razie nazajutrz tez do mnie nie przychodzil.
Wieczorem w srode zaczelismy rozmowe, zachowywal sie zupelnie inaczej niz dotychczas. Ja mu do tej pory czesto robilam jakies wymowki i mialam mnostwo zarzutow (ze mnie nie kocha, bo to, ze mu nei zalezy, bo tamto...), no ale on nigdy nei narzekal, zawsze mnie pocieszal, zapewnial, ze mu zalezy itp. Dopiero teraz zrozumialam, ze dla niego to tez mile nie jest. Zaczal sie po prostu pierwszy raz zachowywac tak, jak ja, keidy mialam do neigo pretensje. Wiec bylam mu to gotowa wybaczyc, bo sama bylam taka sama niestety...No ale kiedy przyszedl do mnie w czwartek, powiedzial, ze jest zagubiony, ze ja za wiele od neigo wymagam, ze on tego nie moze spelnic...Dowiedzialam sie tez, ze od zakonczenia wakacji (w wakacje spotykalismy sie prawie codziennie i zeby nie bylo nam teskno, postanowilismy, ze tak samo bedzie w trakcie roku szkolnego, tyle ze bedziemy sie widziec po prostu na krocej) na niektore spotkania mu sie nei chce przychodzic, bo mialby ochote w tym czasie odpoczac albo jakos inczej go wykorzystac. Zalamalam sie. Dla mnie to on jest najwazniejszy (ja dla niego ponoc tez) i zawsze mam ochote sie spotkac. Powiedzial tez, ze nie wie, co teraz z nami bedzie, ze czasem mu sie wydaje, ze mnie nie kocha...Jeszcze dodal, ze nie wie, czy chce byc z osoba, ktora wpada w czarna rozpacz przez kazda jego decyzje (o zmianie szkoly), ze czuje sie za bardzo za mnie odpowiedzialny. Powiedzial, ze on sie stara, ze nawet jak mu sie nei chce to przychodzi, a ja go nei doceniam. Tu ma racje. Ale zalamalo mnie to, co o spotkaniach powiedzial. Tlumaczylam to sobie tym, ze zazwyczaj to on do mnie przyjezdza, rzadko ja do niego. A on tak jak ja jest raczej domatorem. I moze nei tyle nie chcialo mu sie spotkac, co przyjechac do mnie. Tymbardziej ze czesto sie umawiamy (jak ja koncze przed nim), ze zaraz po szkoel on do mnie przyjezdza. I podobno wtedy mu sie czasem nei chcialo do mnie przychodzic, bo byl zmeczony po szkole i mial ochote sam w domu posiedziec. Twierdzi, ze same spotaknia sa swietne i ze nigdy mu sie zem na nie nudzi, tylko po prostu czasem jest zmeczony i nei ma ochoty i musi sie zmuszac...
Dzis po szkole poszlismy na spacer, mial sie zdecydowac, czy chce byc ze mna. Jak zaczynalismy rozmowe, mowil, ze nie wie, ze raczej kocha mnie, ale nei wie, czy chce, zeby jego zycie tak wygladalo. Dodal jeszcze jedno- ze dwie rzeczy go we mnie denerwuja- moje przewrazliwienie na punkcie zdrowia i to, ze czesto go po kilka razy o to samo pytam. I ze nei wie, czy moglby w przyszlosci ze mna mieszkac, skoro go niektore rzeczy we mnie denerwuja (ale czy mozna w zyciu spotkac osobe, ktora niczym nas nei bedzie denerwowala?). Porozmawialismy troche, powiedzial, ze sam nei wie, czego chce, ale wydaje mu sie, ze nei ma sensu, zebysmy sie spotykali, ze lepiej teraz skonczyc z tym niz za kilka lat...Ja zaczelam plakac, pytalam go o rozne rzeczy, bo kompletnie go nei rozumiem. Kocha, chce byc ze mna...I stara sie caly czas, widze to. Wiec czy to dobry pomysl, zebysmy zrywali? Jeszcze troche wsrod lez rozmawalismny, po czym mnie pocalowal, mowiac, ze mnie chce...I ze moze wystarczy tylko cos w sobie zmeinic, a bedzie dobrze.
Teraz juz nei wiem, co bedzie. Co o tym myslicie? Jak sie ta cala sprawa skonczy? Czy jemu faktycznie zalezy, tylko ma dosc mojego egoizmu, ktory sama zaczelam w sobie zauwazac? Czy warto?
Wieczorem w srode zaczelismy rozmowe, zachowywal sie zupelnie inaczej niz dotychczas. Ja mu do tej pory czesto robilam jakies wymowki i mialam mnostwo zarzutow (ze mnie nie kocha, bo to, ze mu nei zalezy, bo tamto...), no ale on nigdy nei narzekal, zawsze mnie pocieszal, zapewnial, ze mu zalezy itp. Dopiero teraz zrozumialam, ze dla niego to tez mile nie jest. Zaczal sie po prostu pierwszy raz zachowywac tak, jak ja, keidy mialam do neigo pretensje. Wiec bylam mu to gotowa wybaczyc, bo sama bylam taka sama niestety...No ale kiedy przyszedl do mnie w czwartek, powiedzial, ze jest zagubiony, ze ja za wiele od neigo wymagam, ze on tego nie moze spelnic...Dowiedzialam sie tez, ze od zakonczenia wakacji (w wakacje spotykalismy sie prawie codziennie i zeby nie bylo nam teskno, postanowilismy, ze tak samo bedzie w trakcie roku szkolnego, tyle ze bedziemy sie widziec po prostu na krocej) na niektore spotkania mu sie nei chce przychodzic, bo mialby ochote w tym czasie odpoczac albo jakos inczej go wykorzystac. Zalamalam sie. Dla mnie to on jest najwazniejszy (ja dla niego ponoc tez) i zawsze mam ochote sie spotkac. Powiedzial tez, ze nie wie, co teraz z nami bedzie, ze czasem mu sie wydaje, ze mnie nie kocha...Jeszcze dodal, ze nie wie, czy chce byc z osoba, ktora wpada w czarna rozpacz przez kazda jego decyzje (o zmianie szkoly), ze czuje sie za bardzo za mnie odpowiedzialny. Powiedzial, ze on sie stara, ze nawet jak mu sie nei chce to przychodzi, a ja go nei doceniam. Tu ma racje. Ale zalamalo mnie to, co o spotkaniach powiedzial. Tlumaczylam to sobie tym, ze zazwyczaj to on do mnie przyjezdza, rzadko ja do niego. A on tak jak ja jest raczej domatorem. I moze nei tyle nie chcialo mu sie spotkac, co przyjechac do mnie. Tymbardziej ze czesto sie umawiamy (jak ja koncze przed nim), ze zaraz po szkoel on do mnie przyjezdza. I podobno wtedy mu sie czasem nei chcialo do mnie przychodzic, bo byl zmeczony po szkole i mial ochote sam w domu posiedziec. Twierdzi, ze same spotaknia sa swietne i ze nigdy mu sie zem na nie nudzi, tylko po prostu czasem jest zmeczony i nei ma ochoty i musi sie zmuszac...
Dzis po szkole poszlismy na spacer, mial sie zdecydowac, czy chce byc ze mna. Jak zaczynalismy rozmowe, mowil, ze nie wie, ze raczej kocha mnie, ale nei wie, czy chce, zeby jego zycie tak wygladalo. Dodal jeszcze jedno- ze dwie rzeczy go we mnie denerwuja- moje przewrazliwienie na punkcie zdrowia i to, ze czesto go po kilka razy o to samo pytam. I ze nei wie, czy moglby w przyszlosci ze mna mieszkac, skoro go niektore rzeczy we mnie denerwuja (ale czy mozna w zyciu spotkac osobe, ktora niczym nas nei bedzie denerwowala?). Porozmawialismy troche, powiedzial, ze sam nei wie, czego chce, ale wydaje mu sie, ze nei ma sensu, zebysmy sie spotykali, ze lepiej teraz skonczyc z tym niz za kilka lat...Ja zaczelam plakac, pytalam go o rozne rzeczy, bo kompletnie go nei rozumiem. Kocha, chce byc ze mna...I stara sie caly czas, widze to. Wiec czy to dobry pomysl, zebysmy zrywali? Jeszcze troche wsrod lez rozmawalismny, po czym mnie pocalowal, mowiac, ze mnie chce...I ze moze wystarczy tylko cos w sobie zmeinic, a bedzie dobrze.
Teraz juz nei wiem, co bedzie. Co o tym myslicie? Jak sie ta cala sprawa skonczy? Czy jemu faktycznie zalezy, tylko ma dosc mojego egoizmu, ktory sama zaczelam w sobie zauwazac? Czy warto?
Niezła zaborczość, nic dziwnego,że facet "podziękował".
I przestań mu jęczeć i narzekać, bo święty by tego nie wytrzymał