Witam wszystkich forumowiczów
Czytając ten wątek zauważyłem że ja właśnie jestem takim chłopakiem
Jestem z moją dziewczyną troche ponad rok. W naszym związku ogólnie było bardzo dobrze, rozumieliśmy się, mieliśmy podobne zdanie na rożny temat po prostu bylismy do siebie bardzo podobni. Od ok pół roku zaczynam zauważać ze jednak roznimy sie i to bardzo. Nie umiemy isc na kompromis (czego ja zawsze abrdzo chce)
Np. Decyzja odnosnie studiow Ona chce zaocznie ja dziennie, ona chce zostac na miejscu, ja chce wyjechac dalej.
Kwestia wakcji a dokaldniej pracy za granica. Ona chce jechac do Angli bo tam pracuje je brat, Ja chce jechac do holandii gdyz pracuje tam od 3 lat co wakacje i wiem co i jak tam robic itp.
Ostatnio tez zaczelismy wspolzycie i nam nie bardzo wychodzi, raz sie udaje a raz nie, jak sie nie udaje to ja sie troche zalamuje a ja to denerwuje. Nie raz sie o to poklucilismy.
Ale glowny problem to wlasnie klotnia. Co robimy podczas jej:
JA: probuje odowodnic ze mam racje, podaje sensowne argumenty, probuje dojsc don sedna problemu i co robic zeby dana sytuacja nie miala miejsca w przyszlosci, probuje znalezc rozwiazanie ktore prowadzi do kompromisu, zadaje jej duzo pytan ktore ulatwiaja (moim zdaniem rozwiazanie problemu)
ONA: Bardzo malo mowi, obala moje argumenty niedorzecznymi rzeczami, jeszcze bardziej sie denerwuje jak widzi ze jednak ja mam racje, nie probuje dojsc do konsensu, ona ma racje i koniec, nienawidzi jak jej zadaje jakiekolwiek pytania dostaje wtedy bialej goraczki po prostu szaleje, jej rozwiazanie to zapomnienie o problemie nie ma sensu o nim gadac itp.
(niestety tylko do nastepnej klotni) a klocimy sie czasem z naprawde blachych powodow.
I teraz wynikla taka sytuacja ze sie poklucilismy. Ona powiedziala ze ma dosyc i ze juz niechce ze mna byc. Juz miala wychodzic spytalem sie jej czy jest tego pewna. Powiedziala ze nie i sie poplakala. Ale po chwili uznala ze jak nie teraz to nigdy, probowalem ja zatrzymac ale niechcial sluchac. Przed wyjsciem spytala czy chce zeby wyszla. Powiedzalem ze niechce ale i tak wyszla.
Dobra mowi sie trudno. Po ok godzinie zadzwonila i powiedziala ze zle zrobila ze tak nie powinno byc i ze teskni itp. Ja na to ze ok ja ja i tak kocham i chce z nia byc.
Dzisiaj stwierdzila ze ona czuje pustke i ze nigdy juz nie bedzie tak dobrze jak kiedys.
A caly czas twierdzila ze mnie kocha ale teraz nie bedzie mi tego mowila bo bedzie to na sile. Powiedzizalem je wiec ze najlepszym wyjsciem bedzie jak sie niebedziemy przez jakis czas spotykac i moze wtedy ona sie dowie czy cos do mnie czuje czy moze nie. Ja bynajmniej ja kocham i chcialbym zeby bylo jak kiedys, w innym wypadku trudno sie bedzie pozbierac ale mam nadzieje ze dam rade. Powiedzcie czy dobrze zrobilem ? Jak wyglada wasze zdanie na ten temat ? Czy da sie cos jeszcze z naszym zwiazkiem zrobic ?
Pozdrawiam i dziekuje za poświęcony czas.