Jak w temacie post\'a - zostałem zdradzony. Po krótce przedstawię wam, drodzy czytelnicy, moją historię abyście mieli lepszy wgląd na sytuację.
A zaczęło się tak: niecałe pół roku temu poznałem wspaniałą dziewczynę (mozna by rzec ideał ze snów, zakładając jednocześnie, że coś takiego w ogóle istnieje, co z perspektywy czasu i zaistniałych okoliczności wydaje mi się stekiem kłamst).
Było nam razem cudownie choć jesteśmy ludźmi o odmiennych zgoła charakterach. Mijał czas na wspólnych spotkaniach, romatycznych rozmowach i spacerach; jednym słowem na normalnym życiu młodych ludzi umieszczonych przez los gdzieś w centralnej Europie XXI wieku.
Pewnego (pięknego, no nie wiem) dnia oznajmiła, że ma możliwość złapania dobrej posady w UK więc wyjedzie na rok ( o zgrozo), i tak też się stało. (Pomijam tu wszystkie jej żenujące pożegnania z rodziną, przyjaciółmi i ze wną włącznie, obfitujące w litry bezcelowo wylanych łez, obietnice powrotu i swojego oddania, cha cha).
Przez pierwsze dwa miesiące było ok (chociaż gdy wracam pamięcią do tamtych dni, co robię niezwykle często, za często, nie mogę być zupełnie pewny); pisaliśmy listy, maile, rozmawialiśmy. Aż do pewnego feralnego wieczoru, kiedy to łamiącym się głosem oznajmiła:
- Marcin, zrobiłam coś okropnego. Wczoraj wypiłam za dużo (szczerze wątpię w to , że coś piła) i przespałam się z kimś. (Poczułem jakby mi przyłożono w skroń cięzkim obuchem. Ciągle słyszę te słowa odbijające się echem w moim mózgu).
Jak na swój młody wiek (ona 20, ja 21) przyznacie, że to dosyć odważne wyznanie.
Najgorsza jednak nie jest zdrada fizyczna sama w sobie lecz to, co zrobiła później mówiąc, że po tym co zaszło nie może być teraz ze mną ani z nikim innym (coś mi tu nie pasuje a w końcu i tak się dowiem) ponieważ potrzebuje samotności i czasu dla siebie (przy czym cały czas uważa, że zależy jej na mnie i ma głęboką nadzieję, że po powrocie do Polski wszystko ułoży się między nami; chyba nie).
Nie będę ukrywał - wybaczyłem jej bo chcę aby było po staremu, bo ją kocham (już słyszę głosy cyników ściągające mnie na ziemię, o definicji miłości i tym podobnych bzdurach). Tak, kocham ją (tak mi się przynajmniej zdaje) ale nie mogę (nie potrafię) zrozumieć jej zachowania. Co chce tym samym osiągnąć? Do czego zmierza? I o co jej u diabła chodzi?
Jedenym jej wytłumaczeniem jest postawa - będzie co ma być i tak właśnie miało się stać (co za głupota!). Jak można żyć i wyznawać taką filozofię, jak można płynąć z prądem jak glony w skupiskach zielonych szumowin tak długo, jak prąd nas niesie, a kiedy nie będziemy się już mogli dłużej utrzymać na powierzchni, co wówczas? Tego nie chce mi powiedzieć.
Nie wiem co zrobiłem źle, czy czego nie zrobiłem, do tej pory nie wiem co robić i czy w ogóle powinienem coś zrobić dlatego moje miłe (z racji, że sprawa tyczy się kobiecej psychiki zwracam swoją prośbę do żeńskeigo grona użytkowników forum chociaż męską opinią również nie wzgardzę) rzućcie, proszę, trochę światła na ten galimatias gdyż znalazłem się w kropce, miotając bezwładnie umysłem i próbując nie złamać się pod naporem problemu.
Będę wdzieczny za wszystkie wypowiedzi i opinie (nawet te mało przychylne). Z góry dziękuję i wszystkich gorąco pozdrawiam.
Marcin
[shadow=darkred][/shadow][shadow=444444][/shadow]
Zostałem zdradzony; POMOCY!
Moderator: modTeam
Wróć do „Miłość, uczucia, problemy”
Kto jest online
Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 680 gości



