nadwrażliwa przyjaciółka.... jak pomóc?
: 16 wrz 2005, 11:49
Z moja kumpelą dzieją się dziwne rzeczy.
Kiedyś doznała ostrego zawodu miłosnego - leczyła się z tego przez rok. Oczywiście nie spała, prawie nie jadła, nie chciała chodzić do szkoły, była cały czas przygnębiona, miała myśli samobójcze. Okropny był widok, gdy leżała na podłodze, waliła pięścią i ryczała.
Potem jakoś przeszło - nawet się z tego śmiała. Mówiła "Jaka ja byłam głupia! nie wyobrażałam sobie dalej życia bez niego!" i nabijała się z samej siebie. Myślałam, że to był pierwszy i ostatni raz... i że zrozumiała, że nie warto się zamęczać.
Niedawno jednak poznała innego chłopaka.... coś się między nimi zacząło dziać. Jednak kilka dni temu powiedział, że to jednak nie to i zakończyli "związek". Nie sądziłam, że historia się powtórzy. Ale teraz jest jeszcze gorzej niż przedtem... Pocięła rękę żyletką (chciała zobaczyć, czy jej ulży). Wczoraj do mnie przyjechała i została na noc. To było okropne, co się z nią działo. Przez cały dzień wymiotowała - cokolwiek zjadła, zaraz zwracała. Nawet suchy chleb. Dziś rano zjadła dwie łyżki kaszki - też za chwilę poleciała wyżygać. I oczywiście prawie całych nocy nie przesypia. Wygląda jak trup - blada, czerwone oczy. Mówi, że po prostu nie może. "Odzwyczaiła się". Parzyłam jej melisę - to na trochę zasnęła w nocy, ale nie wiem na jak długo. Gdy się obudziłam po szóstej, ona już nie spała. Cały czas tylko myśli i myśli. I oczywiście ryczy. Znów się kładła z płaczem na podłogę. Potem - gdy już cały płacz z siebie wyrzuciła, wyglądała jak posąg. Mówiłam coś do niej, a ona się tylko na mnie tępo patrzyła, nie mrugając oczami. Żadnej reakcji. Przestraszyłam się, bo wyglądała naprawdę jakby wpadła w jakąś chorobę. Potem gadała z moimi zwierzętami (i oczywiście nie słuchała co do niej mówię). Dopiero jak mówiłam coś ostrzejszym tonem, to jakoś reagowała. Radzę jej, żeby udała się do psychologa skoro jej psychika nie wytrzymuje zawodów sercowych. Bo jak tak ma być za każdym razem, to ona się kiedyś wykończy, albo nie daj Boże trafi do jakiegoś zakładu. Ale ona na to, że u psychologa tylko na nowo będzie wszystko rozgrzebywać, a chce zapomnieć. Szkoda tylko, że nic w tym kierunku nie robi tylko sama cały czas to roztrząsa.
Ja już nie wiem co mam robić. Mam wrażenie, że ja też zaraz zacznę wariować. Próbowałam już wszelkich sposobów, mówiłam, tłumaczyłam... To przecież nie koniec świata. A ona się upiera, że z nią jest coś nie tak i że wszystko musi zawsze spieprzyć. I że zawsze to JEJ WINA. I robi przez to masę nienormalnych rzeczy. W ogóle do niej nie można trafić. Moja mama mówi, że ona po prostu wpadła w histerię... że chce zwrócić na siebie uwagę (dziewczyna przez większość czasu mieszka sama, z matką nie umie się zrozumieć).
Nie wiem czy Wy mi coś w ogóle poradzicie, bo przecież to przede wszystkim ona sama powinna sobie pomóc. Tylko, że nie potrafi, a może nie chce! A to, co mówię jej ja, i inni - tak jakby nie docierało. Jutro planujemy większą grupą do niej pójść i zrobić sobie maraton filmowy. Obawiam się jednak, że przy innych będzie udawać, że wszystko w porządku - a potem zacznie się dalej. Ona tak potrafi. Ech...
Musiałam to z siebie zrzucić... Czasem... trudno samemu coś znosić... Wydaje mi się, że już inaczej nie umiem jej pomóc... ale może o czymś nie pomyślałam?
Kiedyś doznała ostrego zawodu miłosnego - leczyła się z tego przez rok. Oczywiście nie spała, prawie nie jadła, nie chciała chodzić do szkoły, była cały czas przygnębiona, miała myśli samobójcze. Okropny był widok, gdy leżała na podłodze, waliła pięścią i ryczała.
Potem jakoś przeszło - nawet się z tego śmiała. Mówiła "Jaka ja byłam głupia! nie wyobrażałam sobie dalej życia bez niego!" i nabijała się z samej siebie. Myślałam, że to był pierwszy i ostatni raz... i że zrozumiała, że nie warto się zamęczać.
Niedawno jednak poznała innego chłopaka.... coś się między nimi zacząło dziać. Jednak kilka dni temu powiedział, że to jednak nie to i zakończyli "związek". Nie sądziłam, że historia się powtórzy. Ale teraz jest jeszcze gorzej niż przedtem... Pocięła rękę żyletką (chciała zobaczyć, czy jej ulży). Wczoraj do mnie przyjechała i została na noc. To było okropne, co się z nią działo. Przez cały dzień wymiotowała - cokolwiek zjadła, zaraz zwracała. Nawet suchy chleb. Dziś rano zjadła dwie łyżki kaszki - też za chwilę poleciała wyżygać. I oczywiście prawie całych nocy nie przesypia. Wygląda jak trup - blada, czerwone oczy. Mówi, że po prostu nie może. "Odzwyczaiła się". Parzyłam jej melisę - to na trochę zasnęła w nocy, ale nie wiem na jak długo. Gdy się obudziłam po szóstej, ona już nie spała. Cały czas tylko myśli i myśli. I oczywiście ryczy. Znów się kładła z płaczem na podłogę. Potem - gdy już cały płacz z siebie wyrzuciła, wyglądała jak posąg. Mówiłam coś do niej, a ona się tylko na mnie tępo patrzyła, nie mrugając oczami. Żadnej reakcji. Przestraszyłam się, bo wyglądała naprawdę jakby wpadła w jakąś chorobę. Potem gadała z moimi zwierzętami (i oczywiście nie słuchała co do niej mówię). Dopiero jak mówiłam coś ostrzejszym tonem, to jakoś reagowała. Radzę jej, żeby udała się do psychologa skoro jej psychika nie wytrzymuje zawodów sercowych. Bo jak tak ma być za każdym razem, to ona się kiedyś wykończy, albo nie daj Boże trafi do jakiegoś zakładu. Ale ona na to, że u psychologa tylko na nowo będzie wszystko rozgrzebywać, a chce zapomnieć. Szkoda tylko, że nic w tym kierunku nie robi tylko sama cały czas to roztrząsa.
Ja już nie wiem co mam robić. Mam wrażenie, że ja też zaraz zacznę wariować. Próbowałam już wszelkich sposobów, mówiłam, tłumaczyłam... To przecież nie koniec świata. A ona się upiera, że z nią jest coś nie tak i że wszystko musi zawsze spieprzyć. I że zawsze to JEJ WINA. I robi przez to masę nienormalnych rzeczy. W ogóle do niej nie można trafić. Moja mama mówi, że ona po prostu wpadła w histerię... że chce zwrócić na siebie uwagę (dziewczyna przez większość czasu mieszka sama, z matką nie umie się zrozumieć).
Nie wiem czy Wy mi coś w ogóle poradzicie, bo przecież to przede wszystkim ona sama powinna sobie pomóc. Tylko, że nie potrafi, a może nie chce! A to, co mówię jej ja, i inni - tak jakby nie docierało. Jutro planujemy większą grupą do niej pójść i zrobić sobie maraton filmowy. Obawiam się jednak, że przy innych będzie udawać, że wszystko w porządku - a potem zacznie się dalej. Ona tak potrafi. Ech...
Musiałam to z siebie zrzucić... Czasem... trudno samemu coś znosić... Wydaje mi się, że już inaczej nie umiem jej pomóc... ale może o czymś nie pomyślałam?
taki lajf
;)