Pełna rozsypka.
: 02 kwie 2008, 20:40
Wiedziałam że tutaj jeszcze kiedyś napłodzę kolejny temat... Chyba już tak zawsze będzie gdy ktoś mnie rzuci, gdy ja kogoś rzucę, czy w ogóle rozejdziemy się bez orzekania o "winie".
Ale teraz to ja już nie wiem co jest ze mną nie tak, że faceci się mnie w ogóle nie trzymają. Czy ja mam jakąś skrzywioną psychikę że pakuję się w związki z niepewnymi? Czy w ogóle jestem taka straszna że po jakimś czasie ode mnie uciekają? Nie wiem, a chciałabym to zrozumieć.
Właśnie jestem w trakcie "choroby porozpadowej" (wiecie, płacz co chwila, rozmyślanie co się zrobiło źle, itp.).
Byłam z nim kilka m-cy, ale to w sumie nieważne, bo i tak przeżywam to trochę bardziej niż powinnam.
A to wszystko zaczęło się w sumie tydzień temu. On nie powiedział mi że przyjeżdża do niego "psiapsiuła" - jak to określił - z Krakowa na kilka dni - w sumie to dowiedzialam sie przez przypadek, bo zdecydowałam się do niego pojechać w czwartek wieczorem i mu to powiedziałam. On wtedy mi powiedział o niej, i że jeszcze ktoś przyjeżdża i że ma kłopot z noclegiem (ale żebym przyjechała - to się jakoś pomieścimy). Kiedy zapytałam się gdzie będzie spał, to stwierdził że z nią. No zdziebko mnie to zabolało i powiedziałam żeby wybił to sobie z głowy. Podobno się zgodził i spał w wannie. Przyjechałam w piątek rano, pobyłam trochę z nimi, trochę pogadaliśmy. W sobotę rano trochę porozmawialiśmy o tym jak się czuję zagrożona przez nią, o tym że jest mi źle, i że szlag by mnie trafił gdyby spał z nią w jednym łóżku.
A potem wieczorem zrobiliśmy mini-imprezkę. Był u nas jeszcze nasz wspólny kolega, no i ona. W trakcie czułam się zapomniana.... gdyby nie ten kolega, równie dobrze mogłabym patrzeć się w sufit, albo po prostu wyjść - ona i on w ogóle by tego pewnie nie zauważyli. Potem zobaczyłam że się przytulali w łazience (ona podobno ma jakieś kłopoty ze zdrowiem i sercowe). Kiedy ja odpadłam, odpadł kolega z picia i poszliśmy spać, oni przenieśli się do drugiego pokoju żeby nam nie przeszkadzać. Rano się budzę, a oni spali w jednym łóżku. On zobaczył mnie, próbował coś do mnie mówić, ale ja byłam w szoku i nie chciałam go słuchać. Poszedł spać, a ja po godzinie, dwóch pojechałam do domu, bez słowa. Od tamtego czasu się wszystko popsuło...
Niby mu na mnie zależy, niby mnie kocha... Ale nie wiem już co on tak naprawdę chce. Pisze że ma mętlik w głowie, że coś do niej poczuł, ale nie wie co (!), że nigdy nie rozwalił tak sobie życia, raniąc przy tym innych. że moja przyjaźń to byłby dar dla niego, na który nie zasługuje. I jeszcze kilka innych tekstów.
Wiem że to koniec. Ale nie rozumiem już tego. Jestem zagubiona, i w ogóle tak jakoś słabo się czuję. Pomóżcie mi go zrozumieć, żebym mogła odetchnąć, otworzyć się na leczenie...
Ale teraz to ja już nie wiem co jest ze mną nie tak, że faceci się mnie w ogóle nie trzymają. Czy ja mam jakąś skrzywioną psychikę że pakuję się w związki z niepewnymi? Czy w ogóle jestem taka straszna że po jakimś czasie ode mnie uciekają? Nie wiem, a chciałabym to zrozumieć.
Właśnie jestem w trakcie "choroby porozpadowej" (wiecie, płacz co chwila, rozmyślanie co się zrobiło źle, itp.).
Byłam z nim kilka m-cy, ale to w sumie nieważne, bo i tak przeżywam to trochę bardziej niż powinnam.
A to wszystko zaczęło się w sumie tydzień temu. On nie powiedział mi że przyjeżdża do niego "psiapsiuła" - jak to określił - z Krakowa na kilka dni - w sumie to dowiedzialam sie przez przypadek, bo zdecydowałam się do niego pojechać w czwartek wieczorem i mu to powiedziałam. On wtedy mi powiedział o niej, i że jeszcze ktoś przyjeżdża i że ma kłopot z noclegiem (ale żebym przyjechała - to się jakoś pomieścimy). Kiedy zapytałam się gdzie będzie spał, to stwierdził że z nią. No zdziebko mnie to zabolało i powiedziałam żeby wybił to sobie z głowy. Podobno się zgodził i spał w wannie. Przyjechałam w piątek rano, pobyłam trochę z nimi, trochę pogadaliśmy. W sobotę rano trochę porozmawialiśmy o tym jak się czuję zagrożona przez nią, o tym że jest mi źle, i że szlag by mnie trafił gdyby spał z nią w jednym łóżku.
A potem wieczorem zrobiliśmy mini-imprezkę. Był u nas jeszcze nasz wspólny kolega, no i ona. W trakcie czułam się zapomniana.... gdyby nie ten kolega, równie dobrze mogłabym patrzeć się w sufit, albo po prostu wyjść - ona i on w ogóle by tego pewnie nie zauważyli. Potem zobaczyłam że się przytulali w łazience (ona podobno ma jakieś kłopoty ze zdrowiem i sercowe). Kiedy ja odpadłam, odpadł kolega z picia i poszliśmy spać, oni przenieśli się do drugiego pokoju żeby nam nie przeszkadzać. Rano się budzę, a oni spali w jednym łóżku. On zobaczył mnie, próbował coś do mnie mówić, ale ja byłam w szoku i nie chciałam go słuchać. Poszedł spać, a ja po godzinie, dwóch pojechałam do domu, bez słowa. Od tamtego czasu się wszystko popsuło...
Niby mu na mnie zależy, niby mnie kocha... Ale nie wiem już co on tak naprawdę chce. Pisze że ma mętlik w głowie, że coś do niej poczuł, ale nie wie co (!), że nigdy nie rozwalił tak sobie życia, raniąc przy tym innych. że moja przyjaźń to byłby dar dla niego, na który nie zasługuje. I jeszcze kilka innych tekstów.
Wiem że to koniec. Ale nie rozumiem już tego. Jestem zagubiona, i w ogóle tak jakoś słabo się czuję. Pomóżcie mi go zrozumieć, żebym mogła odetchnąć, otworzyć się na leczenie...

Dzieją sie tam rzeczy, które dziac sie nie powinny, owe rzeczy skutkują zachowaniem takim, a nie innym.

Jeść trzeba. Jedzenie jest dobre. Niejedzenie to złooooo. Jedz. Nie bądź głupia.