Różnice w poziomie zaangażowania
: 05 sty 2008, 15:52
Związałem się z dziewczyną, której nie kocham. Chciałem dać szansę sobie, jej i "nam" - podobałem jej się od dawna, choć dowiedziałem się o tym niedługo przed związaniem się z nią. Od początku zaznaczełem, że jeśli już związek, to w formie partnerskiej, bez totalnego zaangażowania od początku jakim jest miłość (która na tamten czas była niemożliwa, nie było jej). Ona to akceptowała, popierała nawet.
Obecnie wszystko wskazuje na to, że jej zaangażowanie rośnie dużo szybciej niż moje. Dla mnie jest teraz o wiele ważniejsza niż pół roku temu, ale wciąż nie czuję, że to "ta jedyna". Żadne z nas nie wyznało werbalnie drugiemu miłości. Mieszkamy razem średnio 5-6dni w tygodniu (studia, powiedzmy środek magisterki). Seks daje nam satysfakcję, problemy rozwiązujemy wspólnie, możemy na sobie polegać, nasze rodziny nas lubią, działamy na siebie nawzajem zarówno pod względem osobowości, jak i cielesności. Tyle że w jej wydaniu, to wszystko jest intensywniejsze, dalej zaszło. Trudno określić jak daleko. Moje stanowisko jest takie, jak na początku - chcę dawać jej szczęście, być z nią i dla niej; ale do tej pory się nie zakochałem. Chociaż chciałbym, lecz na siłę to przecież niemożliwe. A do pełnego związku konieczne. A co, jeśli mimowolnie, kiedyś, pokocham inną? Oboje się tego boimy, choć to niewypowiedziana obawa.
Pytanie: co w takiej sytuacji zrobiłby dupek? bo tego chcę uniknąć.
Opcje:
- zakończenie związku teraz - ból dla nas obojga
- zakończenie związku później (pod wpływem innej kobiety, ewentualnej frustracji jej lub mojej etc.) - pewnie jeszcze większy ból
- trwanie, walczenie o związek (co robię aktualnie i uważam za słuszne. ten post wyraża jedynie tlącą się wątpliwość) - miłość, oby. lub jej szczęście, a moje nie-do-końca-spełnienie - trwanie w dobrym związku, lecz bez miłości do kobiety.
Obecnie wszystko wskazuje na to, że jej zaangażowanie rośnie dużo szybciej niż moje. Dla mnie jest teraz o wiele ważniejsza niż pół roku temu, ale wciąż nie czuję, że to "ta jedyna". Żadne z nas nie wyznało werbalnie drugiemu miłości. Mieszkamy razem średnio 5-6dni w tygodniu (studia, powiedzmy środek magisterki). Seks daje nam satysfakcję, problemy rozwiązujemy wspólnie, możemy na sobie polegać, nasze rodziny nas lubią, działamy na siebie nawzajem zarówno pod względem osobowości, jak i cielesności. Tyle że w jej wydaniu, to wszystko jest intensywniejsze, dalej zaszło. Trudno określić jak daleko. Moje stanowisko jest takie, jak na początku - chcę dawać jej szczęście, być z nią i dla niej; ale do tej pory się nie zakochałem. Chociaż chciałbym, lecz na siłę to przecież niemożliwe. A do pełnego związku konieczne. A co, jeśli mimowolnie, kiedyś, pokocham inną? Oboje się tego boimy, choć to niewypowiedziana obawa.
Pytanie: co w takiej sytuacji zrobiłby dupek? bo tego chcę uniknąć.
Opcje:
- zakończenie związku teraz - ból dla nas obojga
- zakończenie związku później (pod wpływem innej kobiety, ewentualnej frustracji jej lub mojej etc.) - pewnie jeszcze większy ból
- trwanie, walczenie o związek (co robię aktualnie i uważam za słuszne. ten post wyraża jedynie tlącą się wątpliwość) - miłość, oby. lub jej szczęście, a moje nie-do-końca-spełnienie - trwanie w dobrym związku, lecz bez miłości do kobiety.