Męska solidarność.
: 19 mar 2007, 17:41
Myślałam, że mam już tyle lat, aby nie miewać podobnych dylematów rodem z gimnazjum, a jednak...
Sprawa wygląda tak. Spotykam się z jednym facetem. Jest naprawdę fantastycznym człowiekiem. Jednak nie do końca wszystko się zgadza. W miarę upływu czasu ja zaczynam obojętnieć i coraz więcej spraw mnie w nim drażni, natomiast on z upływem czasu angażuje się coraz bardziej (mimo tego, że często mu powtarzam, że za szybko się to dzieje). Generalnie rzecz biorąc ja systematycznie zbliżam się ku temu, aby podjąć decyzję o zerwaniu, bo uważam, że jest za stary, aby Go zmieniać albo po prostu zbyt leniwa jestem a w takim kształcie raczej(!) Go nie chcę. Tymczasem on proporcjonalnie odwrotnie wmawia sobie (?), że to właśnie ja jestem kobietą jego życia i ze mną chce się zestarzeć.
Czyli historia stara jak świat: jednej stronie zależy bardzo za bardzo a drugiej za bardzo nie.
Pikanterii sytuacji dodaje pewien niuans. Jego przyjaciel i współlokator. Może przypomina to trochę telenowelę brazylijską, ale facet zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Nie pamiętam, aby ktoś kiedyś mnie tak oczarował.
Żeby było jeszcze dziwniej doskonale zdaję sobie sprawę, że mój facet zrobi wszystko, abym była najszczęśliwszą dziewczyną na Ziemi. I wierzę, że tak właśnie mogłoby być. Kwestia "dotarcia". I przecież o tym niby zawsze marzyłam... A jednak ten współlokator mąci mój spokój...
Czuję się jakbym miała znowu 16 lat i problemy głupiego dzieciaka.
Właściwie to chciałam prosić o jakieś konstruktywne rady co robić, ale równocześnie może niech ta sytuacja będzie punktem wyjścia do dyskusji na temat solidarności męskiej. Kobieta kumpla nietykalna? A jak to w świecie kobiet bywa?
Sprawa wygląda tak. Spotykam się z jednym facetem. Jest naprawdę fantastycznym człowiekiem. Jednak nie do końca wszystko się zgadza. W miarę upływu czasu ja zaczynam obojętnieć i coraz więcej spraw mnie w nim drażni, natomiast on z upływem czasu angażuje się coraz bardziej (mimo tego, że często mu powtarzam, że za szybko się to dzieje). Generalnie rzecz biorąc ja systematycznie zbliżam się ku temu, aby podjąć decyzję o zerwaniu, bo uważam, że jest za stary, aby Go zmieniać albo po prostu zbyt leniwa jestem a w takim kształcie raczej(!) Go nie chcę. Tymczasem on proporcjonalnie odwrotnie wmawia sobie (?), że to właśnie ja jestem kobietą jego życia i ze mną chce się zestarzeć.
Czyli historia stara jak świat: jednej stronie zależy bardzo za bardzo a drugiej za bardzo nie.
Pikanterii sytuacji dodaje pewien niuans. Jego przyjaciel i współlokator. Może przypomina to trochę telenowelę brazylijską, ale facet zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Nie pamiętam, aby ktoś kiedyś mnie tak oczarował.
Żeby było jeszcze dziwniej doskonale zdaję sobie sprawę, że mój facet zrobi wszystko, abym była najszczęśliwszą dziewczyną na Ziemi. I wierzę, że tak właśnie mogłoby być. Kwestia "dotarcia". I przecież o tym niby zawsze marzyłam... A jednak ten współlokator mąci mój spokój...
Czuję się jakbym miała znowu 16 lat i problemy głupiego dzieciaka.
Właściwie to chciałam prosić o jakieś konstruktywne rady co robić, ale równocześnie może niech ta sytuacja będzie punktem wyjścia do dyskusji na temat solidarności męskiej. Kobieta kumpla nietykalna? A jak to w świecie kobiet bywa?
powiem tak , wszystkie kolezanki przyjaciuóki mojej zony , gdybym tylko na to pozwolił - to by mnie zdobyły i mam nadzieje , ze wyrazam sie jasno

.

ostatecznie zerwałam bo nie miało to sensu zebym sie meczyła i jego oszukiwała...

Tutaj naprawdę nie istnieją stany pośrednie 
, ale jak wróci skupię się na nim i tylko na nim.