Może jakieś kropelki, herbatki, tylko nie wiem czy to w ogóle pomaga.
Nie wiem co się ze mną dzieje. Generalnie jest tak, że stresuje się i niepokoję praktycznie codziennie na uczelni. Wiem, że nie powinnam bo nie ma powodu, ale ja wychodzę np. na zajęcia rano, wiem że na tych zajęciach nikt nie pyta, nie ma kolokwium, ani nic,, a ja mam bez przerwy jakiś głupi, nieuzasadniony strach. Na zajęciach wyciągam komórkę 20 razy i sprawdzam co chwilę za ile koniec. Jak już jest po zajęciach, odczuwam taką niesamowitą ulgę, jakby mi ktoś kamień z serca ściągnął.
Straszniej się robi, jak robimy jakieś doświadczenie albo jest koło. Na doświadczeniu (np. sadzimy coś, albo przeprowadzamy jakieś reakcje chemiczne) ciągle się boje, że czegoś nie będę umiała, że coś nie tak zrobię. Na kolokwium trzęsą mi się ręce, które są lodowate, nawet jak jest ciepło, mam gulę z gardle, ciężko mi się oddycha, nie potrafię siedzieć z ludźmi, którzy powtarzają materiał idę usiąść gdzieś z boku, bo aż cała chodzę. W tym roku akademickim przybrało to naprawdę wielkie rozmiary. Przejmuje się wszystkim, nawet kolokwium, które będzie za 3 tygodnie
.




. 

Żart ! 
