Szczególne pozdrowienia dla Mil, Marty i Enga, Foxy, których znam z reala i mimo zerwania kontaktu z forum widywałem (z Mil nawet nadal widuję Ale przejdę do rzeczy.
Czy zgodzicie się ze mną, że będąc po długim związku, takim 4-5 letnim kończymy z nim, szukając innych typów osobowości, szukając tego czego nasi partnerzy nie mieli. A gdy to znajdujemy to okazuje się że jednak w tych osobach brakuje nam pewnych cech, którymi były obdarzone tamte osoby.
Mój poprzedni poważny związek skończył się zerwaniem narzeczeństwa i wyprowadzką w sierpniu 2004 roku. Cierpiałem długo, próbowałem to zbudować na nowo (z tą samą osobą - i to był błąd). Uleczenie przyszło po niecałym roku. Odżyłem, nowo praca, nowe wrażenia. Dwa niepoważne związki...żyłem, choć brakowało mi kogoś z kim mógłbym planować przyszłość i dzielić trudy i radości codzienności.
Pod koniec marca tego roku przyszła Ona. Był to grom z jasnego nieba, grom którego doświadczyłem pierwszy raz w życiu. Szczera, naturalna, normalna i...niezwykle piękna. Zaczęło się od razu i bardzo intensywnie. Szybko wyznaliśmy sobie miłość - i było (jest?) to szczere uczucie. Obawiałem się jednak jednego - Ona trzy miesiące przed naszym spotkaniem zostawiła faceta, z którym wiązała przyszłość, który miał być tym Jedynym. No i po miesiącu naszego spotykania, fajerwerków i szczęścia pojawiły się u niej wątpliwości. Były zaczął do niej wydzwaniać, tłumaczyć że się zmieni, że kocha i że życia sobie bez niej nie wyobraża (rozumiem Go, Ona jest tego warta). Ona przeżywała trudne chwile wahania, rozpaczy i smutku...na szczęście trwały tylko dwa dni, po czym nasza miłość znowu eksplodowała szczęściem, a były poszedł w zapomnienie. Jednak takie sytuacje powtórzyły się dwukrotnie, choć muszę przyznać że z dużą mniejszą intensywnością i trwały bardzo krótko - dzień, dwa. Ta druga zdarzyła się dwa tygodnie temu i trwała mniej niż dobę. Trzecia pojawiła się przedwczoraj, i trwa nadal. Bezpośrednią przyczyną jest moje zachowanie. Postąpiłem źle i rozczarowałem ją - nie będę wnikał o co chodzi, ale burzę Jej mój idealny obraz, który sobie zbudowała. Błędny, bo przecież nikt nie jest idealny.
Od wczoraj jestem znowu struty. Mimo uśmiechu i Jej wyraźnych prób przezwyciężenia kryzysu w sobie, nie dąży do bliskości ze mną, nie wie czy ma w sobie cierpliwość do mnie, co czuje i czy się tak zaangażowała jak ja. Zaczęła wspominać o oddechu, bo widzimy się 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu (poza pracą). Trudno w sumie nie przyznać Jej racji, bo mozemy się udusić we własnym sosie. Temat wspólnego mieszkania na razie odwlekliśmy...
Pewnie jutro będzie już znowu OK, rano (razem jeździmy do pracy) mnie głęboko pocałuje, a za kilka dni patrząc mi głęboko w oczy powie "Kocham Cię". Czego sobie tak życzę...
Ona wniosła ogromny bagaż doświadzceń i przyzwyczajeń z poprzedniego związku, ja też, ale ja miałem prawie dwa lata na przebudowanie części swojej osobowości. Ona tylko trzy miesiące. Nie wszystko jeszcze w niej umarło z tamtego związku, choć ja Jej pomogłem odnaleźć znowu radość życia - choć mam nadzieję że nie tylko taka moja rola
Przydługie, przepraszam, ale był to mój drobny lek na ból.


