Kilka dni temu zetknęliśmy się oboje na korytarzu. Krótkie cześć i poprosiłem by pomogła mi nosić segregatory. Jak na mnie wsiadła, jak zaczęła wrzeszczeć i mnie od różnych
. Tupała, gestykulowała i się cała czerwieniła. Chyba puściły jej hamulce. Zdębiałem całkowicie! Sama nie chciała dalej ciągnąć i dawała mi do zrozumienia bym się odczepił i nie dzwonił, nie zapraszał, etc. Olałem więc ją by się dalej nie męczyć (z ogromnym bólem serca). Teraz wychodzi mi na to, że takiego obrotu sprawy się nie spodziewała. Myślała, że mnie spławi i zapomni o mnie. A tu masz babo placek, zamiast zapomnienia - się biedaczyna zakochała jeszcze bardziej. Jako, że misterny plan rozleciał się niczym ZSRR, dodatkowo delikwent (znaczy się ja) miał własne zdanie, był oporny i robił akurat odwrotnie niż osóbka sobie wymarzyła, to trzeba mu dokopać!
Koleżanka powiedziała mi, że dziewucha owa nie cierpi mnie jak psy dziada w ciasnym kącie. Więc teraz ja się zabiorę do dzieła. Odczekam troszeczkę i ją... Nie wiem czy to dobry pomysł, ale i tak mi to łazi po łepetynie.




