Od przynajmniej dwóch dni cały czas łapię się na tym że myślę tylko o jednej osobie - czegokolwiek bym nie robił, w jakiej sytuacji bym się nie znalazł.
Wiem że to w ogóle nie ma sensu, zresztą cały czas sobie to powtarzam, z tego nic dobrego nie wyjdzie, ale jednak nie mogę się w ogóle od tego oderwać.
Zastanawiam się czy nie powinienem z tą osobą o tym porozmawiać, na drodze stoi mi tylko jeden problem - ja chyba zupełnie nie umiem rozmawiać
Dosyć długo nie dopuszczałem tej myśli, ale ostatnio widzę że tak jest. Zdecydowanie łatwiej przychodzi mi napisanie czegoś i w sumie nie ma różnicy do kogo. Bo tu nawet nie chodzi o nieśmiałość (no chyba że to do mnie nie dociera), a o to że zbyt szybko się denerwuję (może kiedyś tak nie było?).
Jakiś czas temu pisałem już że nie mogę dłużej uciekać w pracę - to po prostu przestało działać. Uderza mnie obecnie jedna sprawa - czy ja przypadkiem nie jestem "maszyną do wykonywania pewnej pracy", która z założenia nie powinna okazywać uczuć?
Od kilkunastu dni po prostu nie mogę z nikim (ani z ludzi bliższych, ani dalszych) dojść do porozumienia. Cały czas coś iskrzy, co chwila gdzieś coś wybucha...
Widzę że nawet nie potrafię składnie opisać co naprawdę się dzieje
Same tylko luźno rozrzucone myśli, bez ładu i składu...
PS. W tej chwili wierzę że ludzie najczęściej "upadają" nie wtedy kiedy jest źle, ale kiedy zaczyna być lepiej.


Idź z nią na kawę, choćby po to, żeby się w jej oczy pogapić. Z oczu sporo można wyczytać. Będziesz wiedział, na czym stoisz, a wtedy ewentualnie zaczniesz się martwić.
